Pasja i sposób na życie. Czyli Mężczyzna na wózku w przedszkolu

Na wstępie pragnę zaznaczyć, że właśnie takie sformułowanie tematu uważam za bardzo słuszne. Swoją pracę, jakakolwiek by ona nie była, możemy bowiem wykonywać naprawdę dobrze tylko wówczas, gdy stanie się ona naszą pasją i powołaniem. Aby jednak móc odkryć co tak naprawdę tą naszą pasją i powołaniem jest, musimy spróbować zajrzeć w głąb siebie odkrywając co nam w duszy gra.

Od czasu ukończenia w 1999 r filologii germańskiej na ówczesnej Wyższej Szkole Pedagogicznej nie doświadczyłem ani jednego dnia bycia bezrobotnym. Przez 10 lat pracowałem w administracji publicznej. Od godziny 8:00 do 16:00 od poniedziałku do piątku w moim życiu bardzo niewiele się, pod względem zawodowym, działo. Spokój, sielanka, kawka, gazetka, tylko czasem do mojego gabinetu zajrzał jakiś zabłąkany klient, aby zapytać czy jego pomysł na biznes ma szansę na dofinansowanie z UE. Takich było jednak niewielu. Z przydziałem zadań do wykonania też nie było najlepiej. Wkrótce przełożeni doszli do wniosku, że trzeba zlikwidować moje jednoosobowe stanowisko pracy. Nie mogli mnie jednak zwolnić, bo jestem mianowanym urzędnikiem Służby Cywilnej. Propozycji przejścia do innego wydziału nie przyjąłem. Po 10 latach pracy po raz pierwszy w życiu zdałem sobie wtedy sprawę, że nie każda praca jest dla każdego. Nie chciałem dłużej tkwić w marazmie i hierarchiczności administracji publicznej. Mojej decyzji nie zrozumiał wtedy nikt z rodziny i znajomych. Zostałem sam a funkcjonowania bez pracy sobie po pierwsze nie wyobrażałem, po drugie musiałem przecież z czegoś żyć.

Mając wówczas 35 lat, głowę pełną pomysłów, niesamowity zapał do pracy oraz stygmat w postaci wózka inwalidzkiego, nie mogłem liczyć na nikogo oprócz Rodziców, gdyż instytucje powołane do poszukiwania pracy osobom bezrobotnym i niepełnosprawnym okazały się całkowicie niewydolne. Nikt nie wiedział, co właściwie zrobić z wykształconym, znającym dwa języki obce i będącym tłumaczem przysięgłym człowiekiem z doświadczeniem zawodowym, którego jedynym pechem jest to, że siedzi na wózku inwalidzkim. Przez dwa lata od odejścia z urzędu imałem się różnych zajęć. Regularną pracę znaleźć było jednak niezwykle ciężko. Zwracałem się do wszystkich urzędów, posłów, senatorów i innych wszystkich świętych. Wszyscy składali obietnice bez pokrycia. Po dwóch latach poszukiwań i pracy na tzw. umowach cywilnoprawnych, dzięki sieci Internet i własnemu samozaparciu, znalazłem pracę na etacie w charakterze spedytora międzynarodowego w jednej z dużych firm spedycyjnych. Przepracowałem tam pięć lat dając z siebie bardzo dużo i podnosząc kwalifikacje. Gdy jednak po zdobyciu przeze mnie kwalifikacji Dyplomowanego Technika Logistyki, szef odmówił podwyżki, odszedłem z firmy.

Od 2012 r pracuję nieprzerwanie jako zawodowy tłumacz języka niemieckiego i angielskiego w biurze tłumaczeń. Mimo dobrej atmosfery i niezłych pieniędzy, moja witalność i charakter domagają się większego pensum pracy w której byłoby więcej wyzwań, więcej przygód, w każdym dniu coś innego oraz więcej kontaktu z ludźmi. Ta sama intuicja nieustannie podpowiada mi, że mimo 42 lat na karku, ja ciągle jeszcze nie znalazłem swojego miejsca w życiu. Od dłuższego czasu zacząłem przypominać sobie swoją pracę w charakterze wolontariusza w przedszkolu w Zielonej Górze i to ile fajnych, pożytecznych rzeczy można było tam zrobić. Postanowiłem działać.

Kiedy mimo wielu podejmowanych starań, żadne przedszkole ani szkoła nie chciały nawiązać ze mną współpracy podając jako jedyny powód brak uprawnień pedagogicznych i kwalifikacji do pracy z dziećmi w przedszkolu, w 2016 r zapisałem się na studia podyplomowe Edukacji Przedszkolnej i Wczesnoszkolnej na Uniwersytecie Zielonogórskim. (na Edukację Elementarną i Terapię Pedagogiczną przeniesiono mnie decyzją władz Uniwersytetu ze względów formalnych, ale kierunek ten także daje niezbędne mi kwalifikacje).

Praca z dziećmi zawsze mnie interesowała, mam z nimi bardzo dobry kontakt a one odwzajemniają mi serdecznością za serdeczność i choć mężczyzna na tak sfeminizowanym kierunku, do tego poruszający się na wózku inwalidzkim, nadal budzi spore zdziwienie wykładowców, będąc jednak przez nich akceptowanym i dobrze traktowanym, z perspektywy czasu i doświadczeń (o czym piszę poniżej), wiem że był to strzał w dziesiątkę!

Wiedziałem, że, oprócz wiedzy teoretycznej przekazywanej jak zwykle w bardzo solidny sposób  przez wykładowców naszego uniwersytetu, muszę nabyć także a może przede wszystkim kwalifikacji z życia wziętych tzn. takich, których nabywa się tylko podczas pracy z dziećmi, obserwując oraz uczestnicząc w życiu grupy przedszkolnej. Wiedziałem, że do pracy z dziećmi być może nie mam kwalifikacji, ale na pewno mam kompetencje, gdyż te zostały już sprawdzone w życiu chociażby w kontakcie z córeczką mojej narzeczonej oraz właśnie przez nią samą, gdyż dla niej jestem ukochanym wujkiem. To, w jaki sposób reaguje na mnie pięciolatka z mojego najbliższego otoczenia wcale nie musiało jednak stanowić o tym, że inne dzieci również będą reagować w podobny sposób.

Zaopatrzony w cały pakiet wystawionych przez macierzysty uniwersytet dokumentów, udałem się na poszukiwanie przedszkola oficjalnie zwanego miejscem praktyk. Jako, że wykonywanie telefonów o rozmowy za ich pośrednictwem nie dawały żadnych rezultatów, zacząłem rozpytywać znajomych, odwiedzać różne przedszkola osobiście a nawet zadzwoniłem z prośbą o pomoc do Wydziału Oświaty w Urzędzie Miasta. Szybko przekonałem się, że podobnie jak i we wszystkich innych sprawach, z którymi zmagałem i zmagam się w życiu, także i w tej mogę liczyć tylko na siebie. Poszukiwania zacząłem od Przedszkola Nr 20 „Pod Topolą” w którym nie tak dawno brałem udział w akcji „Cała Polska czyta dzieciom”, podczas której zostałem bardzo sympatycznie i ciepło przyjęty przez Panią Dyrektor. W odniesieniu do praktyk, Pani ta nie była już jednak ani zbyt miła, ani też skłonna do współpracy. „Bardzo chętnie widzimy Pana u siebie jako wolontariusza i gościa, ale praktyka jest długa, wymaga  całodziennej obecności, współpracy z nauczycielem, poza tym jest Pan na wózku, co dodatkowo komplikuje sprawę, no i nie będę Panu podpisywać żadnych dokumentów bo to jest odpowiedzialność” – stwierdziła. W czym komplikuje sprawę wózek i o jakiej odpowiedzialności jest mowa jeśli chodzi o dokumentację praktyk, gdzie przecież nie śmiał bym nawet żądać niczego na wyrost ani za darmo, nie śmiałem już pytać. Wózek inwalidzki też nigdy wcześniej Pani Dyrektor raczej nie przeszkadzał, no ale mniejsza z tym. W końcu to jej placówka i jej wybór. O całej sprawie opowiedziałem swojej koleżance od serca. „Poczekaj, spytam w przedszkolu, gdzie chodzi Iga. Jest integracyjne więc nie powinno być problemu” – stwierdziła. „Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle” – pomyślałem wiedząc, że dla mojej przyjaciółki, podobnie jak dla Mamy, nie ma rzeczy niemożliwych. Poza tym wiedziałem, że przedszkole Nr 17 przy ul. Dr Pieniężnego rzeczywiście jest integracyjne. Czekałem więc spokojnie. Przy następnym spotkaniu Patrycja stwierdziła z niemałym smutkiem, ale i złością w głosie: „Nic nie załatwiłam, Pani Dyrektor najpierw nie wiedzieć czemu spytała kto w ogóle przyjął na takie studia FACETA i do tego jeszcze na WÓZKU a następnie stwierdziła, że nie wie, jak miałaby wyglądać twoja praktyka i kto by się tobą opiekował”. „Znowu porażka” – pomyślałem. Jako że mam zasadę, że co mnie nie złamie – to mnie wzmocni a każda porażka stanowi dla mnie jedynie motywację do działania i bardzo zależy mi na pracy z dziećmi a praktyka jest przecież obowiązkowa, o pomoc poprosiłem tym razem Mamę i wraz z nią udałem się do położonego nieopodal Przedszkola TUP TUP na ul. Strumykowej. Zastanej tam kobiecie, która okazała się być zastępcą Dyrektora pokazałem skierowanie z uczelni na praktyki oraz przedstawiłem sprawę. „Pani Dyrektor skontaktuje się z Panem jutro, ale na wszelki wypadek niech Pan sobie szuka alternatywnego miejsca na praktyki” – stwierdziła. Nazajutrz rzeczywiście zadzwonił telefon. Z rozmowy dowiedziałem się jednak, że placówka przyjmuje tylko praktykantów i stażystów kierowanych z urzędu pracy oraz słuchaczy kierunku Opiekunka Dziecięca z Centrum Edukacji „Plejada” a o żadnych innych nie ma mowy, bo wszystkie miejsca są już zajęte. „Nie mógł Pan sobie wybrać bardziej męskiego kierunku?” – stwierdziła bez zażenowania Pani Dyrektor, kończąc rozmowę. Zacząłem naprawdę żałować, że urodziłem się mężczyzną. W kolejnym, położonym blisko mojego domu, przedszkolu „Kraina Baśni” również na ul. Strumykowej, szef (o dziwo też mężczyzna), celowo unikał rozmów a w Klubie Malucha „Ciuchcia” na ul. Jaskółczej panie mimo wcześniejszych obietnic wycofały się z możliwości współpracy z sobie tylko znanych powodów, których, mimo nalegań i próśb z mojej strony, nigdy mi nie podano. Do przedszkola Nr 25 Bajka przy ul. Wojska Polskiego, gdzie kiedyś działałem jako wolontariusz,  nie zwracałem się z uwagi na zbyt dużą odległość od obecnego miejsca zamieszkania oraz bariery architektoniczne.

Po którejś z kolei odmowie, w którymś z kolei miejscu, moją Mamę także ogarnęła złość – „Ja ci praktyki załatwiać nie będę, bo nie mam jak. Wystarczy, że prowadzam Cię na uczelnię na takie studia” – stwierdziła. Nie odpowiedziałem nic, bo sam fakt wożenia mnie na uczelnię akurat na takie studia, był rzeczywiście dużym poświęceniem i jestem jej za to wdzięczny. Wiem, że mój pomysł pracy z dziećmi nie za bardzo jej się podoba. Trudno. Tak jak każdy ma przecież prawo do swojego zdania. Dlaczego tak jest, nie wiem. Nie pytałem i nie będę pytał. Grunt, że mi pomaga.

Wydział Oświaty w Urzędzie Miasta też nie pomógł. Podobno nie są w stanie do niczego zmusić żadnej z Dyrektorek, a może po prostu nikt nie chciał się wychylić poza swój zakres kompetencji robiąc jako człowiek nieco więcej niż nakazują przepisy. Urzędnikom często się to zdarza i właśnie dlatego odszedłem kiedyś z urzędu. Po prostu nie cierpię nieróbstwa, indolencji i braku empatii względem potrzeb innych ludzi.

Widząc, że działania o charakterze konwencjonalnym nie przynoszą nie tylko spodziewanych, ale wręcz żadnych efektów, postanowiłem poszukać jakiegoś rozwiązania w Internecie. Wiedziałem, że mam tam polubioną stronę przedszkola Happy Days. Właśnie to przedszkole zawsze mnie intrygowało przede wszystkim dzięki prowadzonemu tam programowi powszechnej dwujęzyczności dzieci oraz dobrym opiniom, jakimi cieszy się wśród moich znajomych. Wiedziałem też, że przedszkole mieści się w budynku bez barier architektonicznych, nazwa zaś wskazywała, że dzieci i ludzie których tam spotkam, muszą być szczęśliwi.

Zadzwoniłem i umówiłem się na spotkanie. O dziwo Pani Dyrektor nie przeraził mój wózek ani moja niepełnosprawność. Po bardzo sympatycznym spotkaniu i załatwieniu spraw organizacyjnych (tzw. „papierkowych”) umówiłem się na pierwszy dzień praktyki w następnym tygodniu po spotkaniu. Muszę się przyznać, że w pierwszy dzień jechałem i szedłem do przedszkola z bijącym sercem. W głowie kłębiło mi się tysiące myśli, wśród których najważniejsze było pytanie, jak przyjmą mnie dzieci. Po przyjeździe od razu udałem się do gabinetu Pani Dyrektor. „Chciałabym, żeby Pan poznał całe przedszkole i pospędzał trochę czasu z każdą z grup” – stwierdziła obdarzając mnie na powitanie promiennym uśmiechem.” Dzisiaj pójdziemy do Smerfów”. Wprowadziła mnie do sali, przedstawiła dzieciom i wychowawczyni – pani Kindze. Usiadłem sobie cichutko w kąciku i zacząłem cichutko obserwować zajęcia. Od pierwszego wejrzenia rzuciło mi się w oczy, że dzieci są bardzo grzeczne i usłuchane.

Od tamtego czasu minęło już ładnych parę tygodni – a może i miesiąc (sam dokładnie nie wiem już ile). W międzyczasie poznałem też główną wychowawczynię grupy – panią Sylwię. Z obydwiema paniami pracuje mi się bardzo dobrze, choć muszę się przyznać, jeśli mam być szczery, o wiele bardziej lubię panią Sylwię. Jest bardzo sympatyczną i kreatywną osobą z głową pełną pomysłów popartych bardzo dużą wiedzą merytoryczną, co widać na pierwszy rzut oka. Dała mi już szansę przeprowadzenia zajęć na temat Holandii w ramach prowadzonego w całym przedszkolu projektu „Mały Europejczyk”. Wkrótce będę prowadził również zajęcia o Norwegii a później także o innych państwach. Wiem że pani Sylwia jest także logopedą, choć nie miałem jeszcze okazji obserwować prowadzonych przez nią zajęć z terapii logopedycznej, na co mam bardzo dużą ochotę i na pewno wkrótce skorzystam z tej okazji. Wiem, że od pani Sylwii bardzo dużo się nauczę i że będzie to taka wiedza, jakiej nie dostanę na uniwersytecie. Wiedza będąca połączeniem teorii z praktyką i wieloletnim doświadczeniem pani Sylwii jako wychowawcy przedszkolnego a taka wiedza jest dla mnie najcenniejsza. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że dużo cenniejsza niż sucha teoretyczna wiedza z zajęć na uniwersytecie, choć przecież zdaję sobie sprawę, że i jeden i drugi typ wiedzy jest mi niezbędny do bycia profesjonalistą w tym zawodzie. Przede mną jeszcze dużo nauki, ale przecież człowiek uczy się przez całe życie.

Osobiście stawiam sobie jeszcze jeden cel. Chcę być dobrym wychowawcą, partnerem i przyjacielem dla dzieci, takim co to nie tylko nauczy ale także pobawi się wspólnie a nawet i popsoci. Chciałbym, żeby wszystkie dzieci, które dostanę w swoim życiu jako nauczyciel, wiedziały i czuły, że zawsze – i wtedy kiedy jest dobrze i wtedy kiedy jest źle – mogą na mnie liczyć. Mogą przyjść, przytulić się i opowiedzieć o swoich radościach i smutkach, bo ja zawsze i wszędzie gdziekolwiek przyjdzie mi pracować w tym zawodzie, jestem i będę przede wszystkim DLA DZIECI.

Z planów Pani Dyrektor na razie niewiele wyszło, bo ja i tak najlepiej czuję się u Smerfów. Dzieci zaakceptowały mnie bardzo szybko a ja czuję się wśród nich tak jakbyśmy znali się bardzo, bardzo długo. Najbardziej z naszych Smerfów lubię Wiktorię, Dominikę, Julkę i Maję. Wierzę, że wspólnie z panią Sylwią, zrobimy dla powierzonych naszej opiece dzieci, jeszcze bardzo dużo dobrego.

Przez różne koleje losu, nie udało mi się do dzisiaj założyć własnej rodziny. Moją rodziną jest moja mama, koleżanka od serca i jej córeczka oraz „moje” dzieci w przedszkolu. Ktoś powie być może, że w moim dotychczasowym zawodzie i wieku nie powinienem być może zmieniać już ani swojego życia ani zawodu. Każdemu kto tak stwierdzi powiem, że się z nim nie zgadzam. Na zmiany w życiu i pracy, nigdy nie jest za późno. Praca tłumacza jest ciekawa, ale ciężka. Daje w miarę dobre pieniądze, ale nie daje możliwości samorealizacji i szczęścia. Praca tłumacza jest moją pracą, ale nie jest moją pasją, choć bardzo ją lubię. Konfucjusz powiedział „Znajdź w pracy pasję, a nie przepracujesz ani jednego dnia”.  Wierzę, że każdy może mieć pracę która jest jego pasją. Trzeba tylko umieć wyznaczać sobie cele i wytrwale do nich dążyć oraz nie bać się zmian. Wtedy znajdziemy wyjście z najtrudniejszej sytuacji, odkryjemy w sobie pasję i będziemy szczęśliwi. A szczęśliwi możemy być w każdym wieku. Moją pasją jest praca dla dzieci i z dziećmi. Dlatego rozpocząłem wielki plan zmian w życiu, którego najważniejszą częścią są podjęte przeze mnie studia podyplomowe i praca w przedszkolu. Dzięki życzliwym ludziom i własnemu samozaparciu doprowadzę go do końca. Szczęśliwego. Na pewno, i to nawet wówczas gdy praca ta miała by mieć charakter wolontariatu.  

Jarosław Krzysztof Prusaczyk